Franciszek a zmiany klimatu

Cała ludzkość to rodzina, a Ziemia to nasz dom; jesteśmy ze sobą, jako rodzaj ludzki zamieszkujący Ziemię, powiązani na dobre i złe.

1.

Istnieją dwa sprawdzone sposoby na to, by odrzucić rewolucyjne zmiany, które nam się proponuje. Pierwszy polega na ignorowaniu wezwania, jak i tego, kto taki apel do nas kieruje. Udajemy więc, że apelu – by swoje życie odmienić – nie słyszymy. Licząc na inercję oraz upływający czas żyjemy dalej tak, jakby się nic nie działo.

Drugi sposób polega na jawnym odrzuceniu zarówno wezwania do przemiany, jak i autora wezwania – najczęściej dzieje się to poprzez dyskredytację. Wtedy mówimy, że ktoś nie jest dla nas wystarczającym autorytetem albo zarzucamy mu, że nie jest wystarczająco kompetentny (najlepiej, jeśli nie jest ekspertem), byśmy owo wezwanie wzięli za dobrą monetę. 

Taki los spotyka papieża Franciszka i jego przełomową „zieloną encyklikę” – Laudato si’. Tekst jest pełen zapału, gdyż papież z całą swą siłą i autorytetem włącza się w dyskusję dotyczącą kryzysu klimatycznego. Zarazem jest to encyklika będąca owocem metodologii, jaką Kościołowi zaproponował II Sobór Watykański, gdy mówił o „znakach czasu”. Franciszek, pisząc swój tekst przyznaje, że owym „znakiem czasu”, z którym Kościół musi dziś zmierzyć, są zmiany środowiska naturalnego, nad którymi człowiek stracił kontrolę, i które – paradoksalnie – stały się dla niego największym zagrożeniem. 

2.

Każda rewolucja zaczyna się od zmiany języka. Bo, jak pouczał żydowski filozof Franz Rosenzweig, „język to więcej niż krew”. To, jak mówimy, wpływa na to, jak myślimy, a w konsekwencji – jak działamy. Franciszek jest tej zależności, jaka zachodzi między językiem a działaniem, absolutnie świadomy. Za sprawą jakich słów proponuje nam więc swoją „lingwistyczną rewolucję”?

„Lingwistyczny zwrot” w papieskim języku, gdy zwraca on uwagę na kwestie ekologiczne, widzimy już w podtytule encykliki. Brzmi on tak: „W trosce o wspólny dom”. „Troska” i „dom” to dwa słowa klucze. Amerykański językoznawca George Lakoff, recenzując encyklikę Franciszka mówił, że już w podtytule widzimy całą, nową ramą interpretacyjną i sposób (także – nowy), w jaki papież będzie mówił o wyzwaniach klimatycznych. Tyrania TINY, czyli there is no alternative, także jeśli idzie o sposób mówienia, może zostać przełamana, jeśli odważymy się mówić inaczej, a co za tym idzie, także myśleć inaczej. I budować nowy ład w oparciu o inne wartości.

Jeśli z uwagą podejdziemy do lektury „Laudato si’, zauważmy, że kluczowe pojęcie „troski” pojawia się w tekście w kontekście innych słów-kluczy: „czułości”, „współczucia”, „sprawiedliwości” i „ochrony”. Gdy papież analizuje styl działania swojego patrona, św. Franciszka z Asyżu, pisze, że w jego czynach „nierozerwalnie są połączone troska o naturę, sprawiedliwość wobec biednych, zaangażowanie społeczne i pokój wewnętrzny” (nr 10). Łatwo zobaczyć, że pojęcie troski obejmuje nie tylko naturę, ale – szerzej – także ludzi, jako część dzieła stworzenia.

Na tym nie koniec. W podtytule encykliki jest drugie pojęcie-klucz nowego papieskiego słownika. To słowo „dom”, które zarazem jest powszechną i zrozumiałą dla każdego metaforą wpisaną w ludzkie DNA. Dom to przecież bezpieczeństwo, to przystań, do której zawijamy, gdy grozi nam niebezpieczeństwo lub gdy jesteśmy utrudzeni. To ciepło i czułość innych domowników, naszych bliskich. Ale dom to również miejsce, którego bronimy, o które się troszczymy, chronimy i dbamy. I to bez znaczenia, kim jesteśmy, jaki mamy kolor skóry, jakim językiem mówimy. Franciszek, mając świadomość odniesień uruchamianych w umyśle Czytelnika przez metaforę domu, rozciąga ją na całą planetę i pisze: „Ziemia to nasz dom”.

A jeśli tak przyjmiemy, to nie powinno nas dziwić, że pisząc o gwałtach zadawanych planecie, papież dostrzega „jęki siostry ziemi”, skargi, które wymagają od nas obrania „innej drogi” rozwoju. I dalej, jeszcze dosadniej, pisze: „Nigdy nie traktowaliśmy tak źle i nie okaleczyliśmy tak naszego wspólnego domu, jak miało to miejsce w ciągu ostatnich dwóch stuleci. A jesteśmy wezwani, aby być narzędziami Boga Ojca, żeby nasza planeta była tym, co On wymarzył, stwarzając ją, i by odpowiadała na Jego projekt pokoju, piękna i pełni” (nr 53)

Posłuchajmy, jak tę metaforyzację problemów klimatycznych ocenia Lakoff, który, będąc człowiekiem niewierzącym, nie kryje swojego podziwu dla papieskiego tekstu: „Używając metafory Ziemi jako domu, papież uruchamia schemat, w którym wszyscy ludzie na świecie są rodziną żyjącą we wspólnym domu”. Mówiąc krótko: cała ludzkość to rodzina, a Ziemia to nasz dom; jesteśmy ze sobą, jako rodzaj ludzki zamieszkujący Ziemię, powiązani na dobre i złe.

3.

Paradoksalnie, „odnowiony język” teologiczny i, by posłużyć się zwrotem ks. Józefa Tischnera, „myślenie z wnętrza metafory”, które w kontekście kryzysu ekologicznego proponuje nam Franciszek, największy opór budzi wśród samych katolików. Przede wszystkim dlatego, że papieska retoryka, zastosowana do ekologii, uważana jest przez konserwatywnych katolików za ukłon latynoskiego papieża w kierunku „postępowców” i „zielonych aktywistów”.

Jasne, że każda zmiana paradygmatu teologicznego języka dla tradycjonalistów jest zerwaniem ze świętą, pisaną oczywiście od wielkiej litery, Tradycją. Ci katolicy zapominają jednak o przestrodze, jaką poczynił wybitny historyk i teolog, Jaroslav Pelikan, mówiąc że „Tradycja to żywa wiara zmarłych. Tradycjonalizm to martwa wiara żywych”. Papież Franciszek, wzywając do zmiany kościelnego języka, wierny jest żywej Tradycji, ale odrzuca martwy tradycjonalizm.