Gdyby szczyty coś zmieniały, to by ich zakazano

1.

Czy sądzicie, że Szczyt Klimatyczny, który odbywa się w Katowicach, zmieni podejście nas, ludzi, do naszej planety? Czy ci, którzy podważają naukę o klimacie nagle zmienią zdanie, bo usłyszą wyniki twardych danych? Bo pojawią się autorytety, naukowcy, społecznicy, którzy potwierdzą, że albo zatroszczymy się o klimat i naszą planetę, albo sami zgotujemy sobie piekło na ziemi? 

Ci, którzy na powyższe pytania odpowiedzą „tak”, mają zaiste wielką wiarę. I trzeba ich w tej wierze wspierać. Dlaczego ja aż takiej wielkiej wiary nie posiadam? Choćby dlatego, że dziś każdy ma swoje fakty, a nawet – żeby zacytować ludzi amerykańskiego prezydenta Donalda Trumpa – „alternatywne fakty”. Nie mówiąc już o interpretacjach.

A dzieje się tak dlatego, że – jak pisze Harald Welzer w książce „Samodzielne myślenie” – jesteśmy członkami społeczeństwa medialnego. Oznacza to, że jeśli pojawia się na przykład postulat ograniczenia zużycia węgla, to natychmiast stawia się oskarżenie, że nie możemy dać się zniewolić „dyktaturze ekologicznej”. I że to jest uderzenie w naszą wolność. 

Jako więc członkowie społeczności medialnej jesteśmy tresowani w tym, że na dowolny, najbardziej nawet przekonujący argument dotyczący negatywnych skutków zmian klimatycznych, od razu znajdzie się kontrargument, a w każdym talk show pojawi się zaraz jakiś profesor, który jest gotowy bronić najbardziej niedorzecznej bzdury, aby tylko wystąpić w telewizji. I mieć swoje 3 minuty. Kiedyś to było pięć.

Prostota głównej tezy naukowej, że zmiany klimatu, będące wynikiem grabieżnej polityki energetycznej poważnie zagrażającej naszej egzystencji, szczególnie w długim okresie, zostaje rozmyta przez twierdzenia dotyczące ogromnej złożoności tej problematyki. Jak konkluduje Welzer: „Z prostego argumentu wynika nieprzyjemna konsekwencja. Z tego złożonego – absolutnie nic”.

2.

Czy więc Szczyt Klimatyczny nie powinien być szansą, gdzie prosty argument zwycięża z cyniczną próbą sproblematyzowania naszego kłopotu z klimatem? Oczywiście, że tak. Sęk w tym, że gdyby międzynarodowe szczyty czy kongresy cokolwiek zmieniały na naszym marnym łez padole, to już dawno zostałyby zakazane. Jeśli wciąż się odbywają, jeśli wciąż pochłaniają miliony publicznych euro i dolarów, to znaczy, że nic nie zmieniają. Targowisko próżności, którego jesteśmy my, obywatele, sponsorem, ma się dobrze!