Zwierzęta i okrucieństwo

1.

Jednym z tych pisarzy, który w swej twórczości obsesyjnie wręcz koncentruje się na losie zwierząt nie bacząc na to, że wśród „humanistycznej kasty” może wywoływać to uśmieszki i kąśliwe uwagi, jest J.M. Coetzee – pisarz i noblista pochodzący z RPA, mieszkający obecnie w Australii. Rdzeń swoich przemyśleń na temat animals przedstawił w książce pt. „Elizabeth Costello”. Wcielając się w skórę tytułowej bohaterki, poczytnej australijskiej pisarki, Coetzee wygłasza sądy radykalne, by nie rzec, skandaliczne. My, ludzie, otoczeni jesteśmy „miejscami zagłady”, powiada. Tak, dobrze słyszcie: pisarz ma odwagę przeprowadzić „ryzykowną” analogie, oczywiście ustami Costello. Dlatego ta intelektualna prowokacja, widząca związek między Holokaustem narodu żydowskiego, a zagładą, jaka każdego dnia jest losem zwierząt. 

O ile kiedyś zwierzęta zabijano dzidami, o tyle teraz buduje się fabryki-rzeźnie. Oto, jak się zdaje, jedyny wkład ery nowoczesno-technicznej w rozwój naszych relacji ze zwierzętami, która pozwoliła nam doprowadzić zbrodnie do perfekcji i przeprowadzania jej na masową skalę. Dzisiejsze farmy czy rzeźnie są dla Costello „miejscami rzezi, przed którymi, w wielkim zbiorowym wysiłku, zamykamy serca”. I dalej: „codziennie odbywa się nowy holokaust, a jednak najwyraźniej nasze morale pozostaje nieporuszone, nietknięte. Nie czujemy się splugawieni. Wydaje się, że możemy robić wszystko, co tylko chcemy, i wyjść z tego z czystym sumieniem”.

2.

Dziś, kiedy myślę o losie zwierząt, przypomina mi się obraz, gdy – jako dziecko w gospodarstwie mojego dziadka – oglądałem „obrzęd” zarzynani cielaka. Tego samego, którego dzień wcześniej karmiłem mlekiem. I którego wesołe oczy zdradzały chęć istnienia. W których dostrzec można było radość z pełni życia. Jakby to zwierzę dziękowało Bogu za to, że mogło się narodzić. A potem, kiedy nóż dziadka wbił się w jego szyje gwałtownie tak, by – jak mówił, śmierć nastąpiła szybko, aby zwierze mniej cierpiało – cielak wydał przerażający, otchłanny jęk. Kiedy już był martwy, zobaczyłem jak z jego oczu płyną łzy. Czy płakać może stworzenie, które nie ma uczuć, które nie odczuwa cierpienia, które nie chciało żyć?

Powie ktoś, że cały ten wywód ocieka hipokryzją, gdyż ubieram się w piórka moralizatora, a sam mam sporo brudu za paznokciami. Tak, to prawda, mam w tej kwestii, kwestii zwierząt sporo na sumieniu. I uprzedzając dalsze, ociekające ironią zarzuty: noszę buty ze skóry (zapewne cielęcej). Nie jestem nawet wegetarianinem. Tyle, że nie o to kruszę tu kopię. Zasadniczo chcę zwrócić uwagę na to, że człowiek wobec zwierząt zdradza rodzaj czegoś, co nazwałbym „zbędnym okrucieństwem”, „pustą przemocą”, „rozkoszą zadawania cierpienia”. 

3.

Zauważmy: nie wystarczyło kota przegonić, jeśli przeszkadzał w żniwnej pracy, trzeba go spróbować uderzyć. Nie wystarczyło, że pobiera się za hodowle koni pieniądze z Unii, trzeba je jeszcze torturować Itd. Zaczyna to wyglądać tak, jakby zadawanie bólu i cierpienia zwierzętom sprawiało ludziom przyjemność, gdyż – a jakże – mamy nad nimi „panować”, a ziemia, po której chodzimy ma być nam „poddana”. Albo, parafrazując Coetzee’ego: najgorsze jest to, że człowiek-kat nie chce postawić się w miejscu swoich ofiar-zwierząt, nie chce wejść myślą w ich przeżycia.